Autor: Marcin Pągowski
Ilość stron: 324
Data wydania: 2011
Gatunek: fantasy
„Zima
mej duszy” jest debiutancką powieścią Marcina Pągowskiego, a jak to powszechnie
wiadomo z debiutami różnie bywa, wiążą się one z pewnym ryzykiem dla
czytelnika, który nijak nie może przewidzieć co może na niego czekać po
otwarciu książki. Żeby dowiedzieć się czegoś o jej treści, zazwyczaj czytam
opis na okładce, w tym przypadku on także nie rozjaśni on sytuacji, nie
dowiedziałam się z niego rzeczy najważniejszej, a mianowicie, że mam do
czynienia z opowiadaniami. Okładka książki wygląda zachęcająco, jest czymś
nowym, wyrazistym i zachęcającym. Rude włosy bohaterki wysuwają się co prawda
na pierwszy plan, mnie to jednak w żaden sposób nie razi, a na półce książka
prezentuje się na prawdę ładnie.
Nie
ocenia się jednak książki po okładce, przejdźmy więc do treści. W połowie
pierwszego rozdziału muszę przyznać, że byłam
książką zachwycona. Akcja powoli się zawiązywała, poznawaliśmy kolejne damy zainteresowane z różnych względów głównym bohaterem, tajemniczym i walecznym Hedaardem. Pierwsze wersy przypominały mi nieco początek Wiedźmina (jest to daleko uogólnione porównanie oczywiście), jest wędrowiec, przybywa do miasta, znajduje schronienie w gospodzie. W tym wypadku wybór gospody nie był ani trochę przypadkowy, ważną rolę w pierwszym opowiadaniu odgrywa bowiem jej piękna właścicielka. Wątki zaczynają się rozbudowywać, na jawy wychodzą tajemnice z przeszłości Hedaarda, zarówno tej bliskiej, jak i nieco odleglejszej. Autor nie szczędzi nam szczegółowych opisów pięknych kobiet, zręcznie przechodząc od scen rozmów, przez gorący seks, do zaciętych walk. Nie brak tu miłości, zazdrości i konfliktów nimi powodowanych. Główny bohater słynie z ciętego języka i ociekającego ironią poczucia humoru. Również zakończenie pierwszego rozdziału, zatytułowanego tak jak sama książka, zaskoczyło mnie, choć niekoniecznie była to pozytywna niespodzianka.
książką zachwycona. Akcja powoli się zawiązywała, poznawaliśmy kolejne damy zainteresowane z różnych względów głównym bohaterem, tajemniczym i walecznym Hedaardem. Pierwsze wersy przypominały mi nieco początek Wiedźmina (jest to daleko uogólnione porównanie oczywiście), jest wędrowiec, przybywa do miasta, znajduje schronienie w gospodzie. W tym wypadku wybór gospody nie był ani trochę przypadkowy, ważną rolę w pierwszym opowiadaniu odgrywa bowiem jej piękna właścicielka. Wątki zaczynają się rozbudowywać, na jawy wychodzą tajemnice z przeszłości Hedaarda, zarówno tej bliskiej, jak i nieco odleglejszej. Autor nie szczędzi nam szczegółowych opisów pięknych kobiet, zręcznie przechodząc od scen rozmów, przez gorący seks, do zaciętych walk. Nie brak tu miłości, zazdrości i konfliktów nimi powodowanych. Główny bohater słynie z ciętego języka i ociekającego ironią poczucia humoru. Również zakończenie pierwszego rozdziału, zatytułowanego tak jak sama książka, zaskoczyło mnie, choć niekoniecznie była to pozytywna niespodzianka.
Mimo
to zatarłam ręce na myśl o dopiero zawiązującej się akcji, intrygującym
świecie, dalszych przygodach i zanurzyłam się w kolejny rozdziale. Jakże
wielkie rozczarowanie mnie spotkało… Gdzie się podziali poznani przeze mnie
bohaterowie? Gdzie piękna rudowłosa z okładki? Dlaczego pozostał sam Hedaard? I
tu właśnie pojawia się cały szkopuł. Książka Marcina Pągowskiego jest mocno
nierówna, pomimo dobrego moim zdaniem warsztatu, ciekawych, zwartych opisów,
dobrze poprowadzonych dialogów, nienajgorszych scen wali. A szkoda, bo
potencjał miała w sobie naprawdę spory. Przełknęłam bez mrugnięcia okiem,
pierwsze zapożyczenia, o Jedynym (Bogu) zsyłającym na świat swojego syna jako
odkupiciela, ponieważ budował on ciekawą historię. Był on w każdym razie do
przyjęcia i pasował mi do całościowej koncepcji książki. Jednak polowanie na
strzygę, przywodzące mimo wszystko na myśl Geralta z Rivii i główny bohater
jako Inkwizytor Świętego Oficjum, kojarzącego się bardzo jednoznacznie z Mordimerem
Madderdinem odebrało sporo uroku książce „Zima mej duszy”. Choć opowiadanie w
którym te wątki się pojawiają zasługuje według mnie naprawdę na solidną 4 w
szkolnej skali ocen.
Przez
ostatni rozdział ledwo przebrnęłam, był on dla mnie niepotrzebny, zwłaszcza gdy
zorientowałam się, że nie uświadczę w nim dokończenie interesujących mnie
wątków. Może gdyby jego fragmenty pojawiały się między rozdziałami, a nie na
samym końcu, lepiej by oddały klimat całej historii. Ciekawy pomysł i potencjał
jaki cały czas ma w sobie historia Hedaarda, nie został w tej książce
odpowiednie wykorzystany. Tak czy inaczej z ciekawością będę śledziła karierę
pisarską Marcina Pągowskie, na pewno dam szanse następnej jego książce jeśli
tylko się pojawi. Jest on obiecującym pisarzem, posiadającym dobry styl i
ciekawe pomysły, unikałabym jednak na jego miejscu zbyt rzucających się w oczy
zapożyczeń.
Na
koniec drobne zastrzeżenie do twórców okładki. Poza czystym marketingiem, nie
widzę powodów do umieszczania na okładce bohaterki pojawiającej się tylko w
pierwszym opowiadaniu… Gdyby na okładce pozostał sam Hedaard, lepiej oddawałoby
to jego wędrówkę przez świat i przez czas, a także mogłoby ukazywać jego
samotność. W tym wypadku niestety zupełnie nie wiem czym mógł kierować grafik,
stworzył bowiem ładny, ale pozbawiony głębszego zamysłu obrazek.
Książkę
czytało się przyjemnie i w sporej części z zapartym tchem, daje więc jej 6,5/10
w mojej prywatnej, wysoce subiektywnej skali, biorąc pod uwagę, że jest to
debiut, choć nie błyskotliwy, to na pewno godny pozazdroszczenia.

Nie słyszałam wcześniej o tym debiucie i chyba nie żałuję. Szczerze mówiąc lubię książki, które od razu są "wow" :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Klaudia :]