wtorek, 29 maja 2012

MARCIN PĄGOWSKI - ZIMA MEJ DUSZY


Tytuł: Zima mej duszy
Autor: Marcin Pągowski
Ilość stron: 324
Data wydania: 2011
Gatunek: fantasy

„Zima mej duszy” jest debiutancką powieścią Marcina Pągowskiego, a jak to powszechnie wiadomo z debiutami różnie bywa, wiążą się one z pewnym ryzykiem dla czytelnika, który nijak nie może przewidzieć co może na niego czekać po otwarciu książki. Żeby dowiedzieć się czegoś o jej treści, zazwyczaj czytam opis na okładce, w tym przypadku on także nie rozjaśni on sytuacji, nie dowiedziałam się z niego rzeczy najważniejszej, a mianowicie, że mam do czynienia z opowiadaniami. Okładka książki wygląda zachęcająco, jest czymś nowym, wyrazistym i zachęcającym. Rude włosy bohaterki wysuwają się co prawda na pierwszy plan, mnie to jednak w żaden sposób nie razi, a na półce książka prezentuje się na prawdę ładnie.
Nie ocenia się jednak książki po okładce, przejdźmy więc do treści. W połowie pierwszego rozdziału muszę przyznać, że byłam
książką zachwycona. Akcja powoli się zawiązywała, poznawaliśmy kolejne damy zainteresowane z różnych względów głównym bohaterem, tajemniczym i walecznym Hedaardem. Pierwsze wersy przypominały mi nieco początek Wiedźmina (jest to daleko uogólnione porównanie oczywiście), jest wędrowiec, przybywa do miasta, znajduje schronienie w gospodzie. W tym wypadku wybór gospody nie był ani trochę przypadkowy, ważną rolę w pierwszym opowiadaniu odgrywa bowiem jej piękna właścicielka. Wątki zaczynają się rozbudowywać, na jawy wychodzą tajemnice z przeszłości Hedaarda, zarówno tej bliskiej, jak i nieco odleglejszej. Autor nie szczędzi nam szczegółowych opisów pięknych kobiet, zręcznie przechodząc od scen rozmów, przez gorący seks, do zaciętych walk. Nie brak tu  miłości, zazdrości i konfliktów nimi powodowanych. Główny bohater słynie z ciętego języka i ociekającego ironią poczucia humoru. Również zakończenie pierwszego rozdziału, zatytułowanego tak jak sama książka, zaskoczyło mnie, choć niekoniecznie była to pozytywna niespodzianka.
Mimo to zatarłam ręce na myśl o dopiero zawiązującej się akcji, intrygującym świecie, dalszych przygodach i zanurzyłam się w kolejny rozdziale. Jakże wielkie rozczarowanie mnie spotkało… Gdzie się podziali poznani przeze mnie bohaterowie? Gdzie piękna rudowłosa z okładki? Dlaczego pozostał sam Hedaard? I tu właśnie pojawia się cały szkopuł. Książka Marcina Pągowskiego jest mocno nierówna, pomimo dobrego moim zdaniem warsztatu, ciekawych, zwartych opisów, dobrze poprowadzonych dialogów, nienajgorszych scen wali. A szkoda, bo potencjał miała w sobie naprawdę spory. Przełknęłam bez mrugnięcia okiem, pierwsze zapożyczenia, o Jedynym (Bogu) zsyłającym na świat swojego syna jako odkupiciela, ponieważ budował on ciekawą historię. Był on w każdym razie do przyjęcia i pasował mi do całościowej koncepcji książki. Jednak polowanie na strzygę, przywodzące mimo wszystko na myśl Geralta z Rivii i główny bohater jako Inkwizytor Świętego Oficjum, kojarzącego się bardzo jednoznacznie z Mordimerem Madderdinem odebrało sporo uroku książce „Zima mej duszy”. Choć opowiadanie w którym te wątki się pojawiają zasługuje według mnie naprawdę na solidną 4 w szkolnej skali ocen.
Przez ostatni rozdział ledwo przebrnęłam, był on dla mnie niepotrzebny, zwłaszcza gdy zorientowałam się, że nie uświadczę w nim dokończenie interesujących mnie wątków. Może gdyby jego fragmenty pojawiały się między rozdziałami, a nie na samym końcu, lepiej by oddały klimat całej historii. Ciekawy pomysł i potencjał jaki cały czas ma w sobie historia Hedaarda, nie został w tej książce odpowiednie wykorzystany. Tak czy inaczej z ciekawością będę śledziła karierę pisarską Marcina Pągowskie, na pewno dam szanse następnej jego książce jeśli tylko się pojawi. Jest on obiecującym pisarzem, posiadającym dobry styl i ciekawe pomysły, unikałabym jednak na jego miejscu zbyt rzucających się w oczy zapożyczeń.
Na koniec drobne zastrzeżenie do twórców okładki. Poza czystym marketingiem, nie widzę powodów do umieszczania na okładce bohaterki pojawiającej się tylko w pierwszym opowiadaniu… Gdyby na okładce pozostał sam Hedaard, lepiej oddawałoby to jego wędrówkę przez świat i przez czas, a także mogłoby ukazywać jego samotność. W tym wypadku niestety zupełnie nie wiem czym mógł kierować grafik, stworzył bowiem ładny, ale pozbawiony głębszego zamysłu obrazek.
Książkę czytało się przyjemnie i w sporej części z zapartym tchem, daje więc jej 6,5/10 w mojej prywatnej, wysoce subiektywnej skali, biorąc pod uwagę, że jest to debiut, choć nie błyskotliwy, to na pewno godny pozazdroszczenia.

1 komentarz:

  1. Nie słyszałam wcześniej o tym debiucie i chyba nie żałuję. Szczerze mówiąc lubię książki, które od razu są "wow" :)
    Pozdrawiam, Klaudia :]

    OdpowiedzUsuń